04.04.2011 :: 18:32 :: tydzień 40 :: Komentuj (3)

Środa, przed godziną 22 czuję ból podbrzusza, zupełnie jak na miesiączkę. Postanawiam się położyć, myślę, że trochę mi to pomoże, jednak jestem w błędzie. Leżąc na boku ból jest rwący, nie mogę wytrwać w tej pozycji dużej niż kilka sekund. Po chwili pojawiają się dziwne skurcze, których wcześniej nie miałam; średnio co 25 minut, z czasem w coraz krótszych odstępach. Wiem, że to już TEN moment. Chcę zająć się czymkolwiek, żeby nie skupiać się na bólu, ale jest przed północą, więc nie bardzo wiem co mam ze sobą zrobić.. Siadam okrakiem na krześle, przodem do oparcia; niesamowita ulga. Pojawia się skurcz, przed którym przerwa trwała tylko siedem minut. Ubieramy się! Maluję rzęsy tuszem, za co dostaję od Radka krytyczne spojrzenie; "pozwól mi czuć się dobrze", no ok. Wychodzimy.

Droga do szpitala to zaledwie pięć minut samochodem, docieramy na miejsce, gdzie kobieta z izby przyjęć uznaje, że za dobrze wyglądam na rodzącą, z dziwną nutą w głosie pyta, który to tydzień. Z małym brzuchem nie wyglądam na ostatni... Kobieta podpina mnie pod ktg, daje do ręki urządzenie, którego przycisk mam uruchomić kiedy czuję ruchy dziecka. Czuję je słabo. Wcisnęłam dwa czy trzy razy. "jakieś słabiutkie te skurcze.." - w jej głosie ewidentnie słychać ironię. Że co? Wydaje mi się, że rodzę? Poproszono panią doktor, siadam na fotel; "panią trzeba przyjąć, 2 cm rozwarcia". Mina babki z izby przyjęć bezcenna.

Dalej w kolejności składanie miliona podpisów, przebranie się w piżamkę, wędrówka zawiłymi korytarzami na salę porodową.Napis na drzwiach "sala lawendowa". Ściany w kolorach fioletu i żółci. Domowa atmosfera.

Skurcze są coraz mocniejsze, ja poinformowana co mam robić, wykonuję wszystko, co ma umniejszyć ból. Kręcę biodrami, biorę kąpiel z bąbelkami, podczas której wypada mi gęsty czop i delikatnie sączą się wody. Siedzę na kibelku, na skurcz próbuję wstać, bo przy siedzeniu boli totalnie. Nie mogę wyprostować się do pionu, chodzę zgięta w pół. Facet prawie zasypia, bo nie śpi od 6 rano dnia poprzedniego, ale robi co może, masuje mnie tam, gdzie mu pokazuję, asekuruje moje podskoki na piłce położniczej, na polecenie położnej - drażni moje sutki. Wody sączą się coraz bardziej, zostaje wezwany mało delikatny lekarz, który stwierdza 4 cm rozwarcia. Moment krytyczny, opadam z sił, płaczę, mówię, że nie dam już rady, tak bardzo chcę mieć to już za sobą. Kolejne badanie wykazało 8cm, na zegarku już siódma rano.. "Ile to potrwa?" - "Do południa urodzisz." Coo? myślę sobie... mam się męczyć jeszcze tyle godzin? Kręcić pupą na piłce... no ale ile można... W końcu zapada decyzja: "trzeba zrobić dobitkę" - Matko kochana, nie rozumiem słownictwa lekarzy, jestem przerażona, pytam, co to znaczy. Położna nadchodzi z długimi nożyczkami i mówi, że przebije pęcherz z wodami, pytam czy boli, uzyskuję odpowiedź przeczącą. Na szczęście zgodnie z prawdą. Jeszcze gdzieś w między czasie mam założony cewnik, oczyszczony zostaje pęcherz moczowy.

Zostajemy na sali sami. "Proszę koniecznie wołać jak będzie uczucie jak na stolec". Niby mi się chce. I sikać też. Ale to chyba nie to. Nagle czuję mega party ból. Wywiązuje się dialog:

- Radek! Szybko wołaj, że mam jak na stolec!
- Dobrze już idę! - jest strasznie przejęty, wstaje, chce wyjść, w tym momencie ciągnę go za rękę
- Nie! Nie zostawiaj mnie tu!
- Dobrze zostanę. - siada na krzesło, po czym czuję silny ból party i pchając jego ramię krzyczę:
- Szybko wołaj!

Już po chwili dwie położne są przy mnie. Faza skurczy partych trwa jakieś 45 minut. Nie macie pojęcia jak głośno potrafię krzyczeć. Sama nie miałam. Zawsze mówiłam, że to wstyd. Ale wstyd przed czym? Lekarze i położne odbierają kilka(naście) porodów dziennie, spotkali się już pewnie z każdym zachowaniem. Krzyk - tego nie da się powstrzymać. Pozwolę sobie wyrazić się dość kolokwialnie: darłam mordę dosłownie na cały oddział, a gardło bolało mnie do końca dnia.

Mieliśmy ze sobą aparat, zdjęcia robione miałam z każdej strony, położne pytają dlaczego akurat z tej, Radek odpowiada "ona mi kazała", lekarki uśmiechają się. Kiedy dziecko wychodzi na świat, jedna z nich prosi o aparat i chwyta moment przecinania pępowiny. Te zdjęcia są dla mnie naprawdę wyjątkowe. Uwieczniają niepowtarzalne chwile w naszym życiu.

Kładą mi dziecko na piersi, płaczę jak mała dziewczynka, w oczach Tatusia również widzę łzy wzruszenia. Ten moment, kiedy trzyma się ciepłe, śliskie ciałko noworodka uśmierza cały ból. Choć potrafię odtworzyć każdy moment z porodu, cierpienia nie pamiętam już w tamtym momencie.

Rodzenie łożyska i konieczność wyłyżeczkowania macicy. Słyszę pytanie czy w ciąży paliłam. Nie. A czy palono przy mnie? Też nie. Nie wiem co tam się działo, ale uczucie okropne, jednak po skurczach partych, które były zdecydowanie najgorsze, to "skrobanie" mnie od środka to pestka. Potem szycie; rana "mniejsza niż standardowa", niby na znieczuleniu, jednak czułam ukłucia, coś co mogłabym przyrównać do robienia piercingu.

Powrót do formy natychmiastowy. Zero zawrotów głowy, zero obwisłej skóry brzucha. I wcale nie chodziłam jak pingwin. Siadać normalnie też mogę; wiadomo, czasem coś szarpnie.. W sobotę zostałyśmy wypisane ze szpitala.

Nasza mała córeczka przyszła na świat 31.03.2011 o godzinie 9.32, waga urodzeniowa 3300g, długość ciałka 56cm; ciemnoniebieskie oczka i jasne, blond włoski. Dziesięć punktów w skali Apgar.



zobacz wszystkie wpisy cz.1
zobacz wszystkie wpisy cz.2